Nasza rocznica:)

24 lutego 2013

Nareszcie w domku

Dzisiaj ( w sobotę. Północ minęła, więc małe sprostowanie dodaję ) Hania wróciła do domu. Jeszcze nadal niezupełnie zdrowa, ale jest w domu. Dalsze leczenie zalecone. W środę wizyta kontrolna nas jeszcze czeka.
Z lekarstw pozostały jej inhalacje.
Powitanie skromne było, ale z racji dolegliwości żoładkowych, Hania nie bardzo może jeść.
Skończyły się już w końcu wyjazdy do szpitala. Kilkugodzinne dyżury przy dziecku, skutecznie dezorganizują porządek dnia. Zaległości spore we wszystkim. Całe szczęście,że to są/były ferie, to Hania nie będzie miała dużych zaległości  w szkole. Na razie kolejny tydzień spędzi w domu, a jak będzie potem to się okaże.
Stęskniła się bardzo za domownikami, a i domownicy juz czekali na Hanię. Mikołaj to wręcz piszczał z radości jak zobaczył siostrzyczkę.
Hania dość miło będzie pewnie wspominać pobyt w szpitalu. Miała miłe towarzystwo 4-letniej Małgosi, jak ona chorej na zapalenie płuc. Oprócz tego codziennie miała gości tak więc  czasu na nudę nie było.

I co jeszcze...
Maks 25 lutego kończy roczek. Imprezka urodzinowa przełożona, bo nie wiadomo było jak z Hani wyjściem ze szpitala.
Mały już coraz dzielniej kroczy na swoich nóżkach, przy czym jest bardzo ostrożny.
Jeszcze trzeba będzie potrenować z nim dmuchanie świeczek. Czy się uda ...zobaczymy ;)

Powitanie Hani 




I może jeszcze trochę wspomnień ze szpitalnego pobytu

Wizyta najstarszego brata Damiana

I tak m.in. upływał Hani czas ;)










16 lutego 2013

Zimowe choróbska

Hania jest w szpitalu. Po tygodniowej męczarni z uporczywym i nieustannym kaszlem, w końcu została zdiagnozowana. Zapalenie płuc, a dokładnie zapalenie górnego płata płuca (nie wiem którego) .
Osłuchowo nic a nic nie było słychać, dopiero zdjęcie rtg i wykazało co w płucach gra.
Tygodniowe leczenie nie przynosiło kompletnie żadnej poprawy dopiero czwarta wizyta zakończyła się wysłaniem jej do szpitala. Ufff... jest nadzieja,że w końcu podejmą skuteczne leczenie i dziecko moje odetchnie.
Jeszcze tylko jedno. Niektórych lekarzy odesłałabym na urlop aż do samej emerytury, żeby nie mogli "leczyć" małych dzieci.
Jak nie potrafią pomóc, niech chociaż  nie szkodzą. A taka sytuacja miała miejsce w przypadku leczenia Hani.

                           Stęsknieni bracia z wizytą u Hani



3 lutego 2013

Z sentymentem zajrzałam dzisiaj na mój"stary blog" na onecie.
Dokładnie rok temu oczekiwałam narodzin Maksia, który słodko siedział sobie w maminym brzuchu.
Tak bardzo wówczas nie mogłam się na niego doczekać, a tu już rok czasu minął od tamtej chwili. Za 22 dni mały skończy pierwszy roczek swojego życia.
Mimo,że nie był to łatwy rok, ale przepełniony miłością i radością z naszego kolejnego dzieciątka.
Wniósł tyle radości do domu. Dzieci za nim przepadają. Tak dużo razy już słyszałam " ,mamusiu dziękuję ci za to ,że urodziłaś Maksa" .
Warto było.
Warto było przy każdym dziecku .
I  mimo tego , że nie zawsze było lekko,że  nie zawsze wiadomość o kolejnym dziecku była przez niektórych przyjmowana z radością,to  my zawsze cieszyliśmy się i zawsze będziemy dziękować za każdy cud życia.
Kiedyś rozmawiałam z mężem o dzieciach i doszliśmy do wniosku,że przyjmując kolejne dziecko w rodzinie, daliśmy  mu szansę zaistnieć.
Tak zaistnieć, bo patrząc teraz na wszystkie Nasze dzieci, widzę istnienia, którym dalismy szansę na to, aby mogły być szczęśliwe.
Każde dziecko to pzecież kolejna,solidna porcja miłości.

I jeszcze to dzisiejsze czytanie z 1 listu do Koryntian "Hymn o miłości"... Piękne...

A to mój prawie roczniak :)














24 stycznia 2013

Eutanazja? - Nie, dziękuję!!!

Wczoraj przeczytałam szokujacy artykuł na temat eutanazji. Ostatnio w mediach coraz cześciej ( niestety) slyszy sie ten termin, zapewne celem oswojenia wszystkich z tym patologicznym zjawiskiem.
Podejmuje się "dyskusję" nad czymś nad czym dyskutować się nie powinno. Życie ludzkie jest wartoscią i należy je chronić od samego poczęcia aż do naturalnej śmierci. Tu nie ma żadnych kompromisów, bo jedno ustępstwo rodzi kolejne, a potem następne i następne. I do czego nas to zaprowadzi? Czy dążymy do tego co dzieje się już w Holandii ? Czy moje pokolenie będzie mogło bezpiecznie się czuć korzystając z pomocy lekarzy?
Mam nadzieję, że lekarze pozostaną lekarzami , którzy ratują życie i zdrowie człowieka a nie je odbierają w imię nieludzkiego i dla mnie niepojętego "dobra", że zawsze pozostaną Kimś kto niesie nadzieję, a nie lęk i strach.

Artykuł i historia , która mnie tak poruszyła znajduje się tutaj KLIK.  
                                           PRZECZYTAJ KONIECZNIE !!!!!


22 stycznia 2013

Kraina pełna lodu

Dzisiaj rano nim wstałam otrzymałam od męża informację, że samochód jest tak skuty lodem,że nie da się do niego dostać. W związku z tym dzieiciaki zostały w domu. Wolałam nie ryzykowac połamanychg rąk i nóg. Droga do szkoły, podobnie jak samochód była cała pokryta grubą warstwą lodu.
Pięknie jest na zewnątrz, ale i niebezpiecznie.
Postanowiliśmy utrwalić to zjawisko i wyszliśmy z Frankiem zrobić zdjęcia. Franuś tylko skomentował,że mamy dzisiaj ''epokę lodowcową" ;)

A oto co udało nam się dzisiaj utrwalić
                              

                              
















21 stycznia 2013

Minął czas... dobry czas

Ale wszystko jeszcze przed nami ;) chyba .

Tak ten czas leci... ostatni wpis był ponad miesiąc temu. U nas wszystko i nic .Jak na porę zimową przystało, choroby od czasu do czasu się plączą. Jak tamten rok był pod tym względem super, czyli zero chorób, tak ten sezon jesienno- zimowy jest znacznie "lepszy" od zeszłorocznego.
Od października począwszy przeszliśmy już w domu wysypki bostońskie ( paskudztwo, ze hej) , infekcje, katary, a w przypadku Maksa dwukrotne zapalenie uszu.Obecnie w trakcie leczenia.

W międzyczasie były Święta Bożego Narodzenia, tu na szczęście wszyscy w pełni zdrowi. Same Święta minęły pięknie. Pierwsze  z Maksem, tzn w sumie już drugie z nim , ale pierwsze, w których aktywnie mały uczestniczył, łącznie z rozbrajaniem choinki. Choinka wytrzymała do 6 stycznia. Dzień wcześniej przyjmowaliśmy księdza z kolędą a w niedzielę było rozbieranie choinki. W tym roku nasze Drzewko świąteczne po kilku dniach wyglądało dośc żałośnie. Maks upodobał sobie ściąganie bombek z choinki, więc wszystkie z dolnych gałązek wywędrowały na wyższy poziom. Łańcuch, pod koniec wisiał gdzie popadnie, a światełka świeciły niekoniecznie na choince. Część z nich Maksiu ściągnął na podłogę a i te na gałązkach się poprzemieszczały.

Dzieciaki troszkę pomagały w przygotowaniach do Świąt smażyły rybę, robiły bombki ze styropianu , cekinów i wstążeczek i szpilek( 7 pudełeczek szpilek zużyliśmy na te bombki!!!) . Ja  też je robiłam . Świetna zabawa a efekt niesamowity . Pierniczki były upieczone, ale z braku czasu nie zawisły już na choince.

W Wigilię stolarze przywieźli nam nowy stół, zamówiony miesiać wcześniej. Jak miło było przy ładnym stole spożywać kolację wigilijną.

Troszkę wspomnień było, a  na bieżąco postaram się częściej coś napisać, choć ciężko u mnie z mobilizacją.
Ostatnie dni są pod znakiem Maksa. Maks maruda nie dał nic zrobić. Chory to i rączek się domagał, a ja już miałam czasami dość.
No ale takie są uroki macierzyństwa, nikt nie obiecywał ,że będzie lekko i chyba ze wszystkim tak jest...

Minął czas Świąt, a szkoda, bo to był piękny czas :)

                                                      Chwile spędzone na maminych kolanach
                           
                                                   Świateczna krzątanina bliźniaków...;-)
             

                                                    Maksiu z chochlikami w oczkach
                                                       Nasz nowy stół

                                               
                                            Spacerek zimową porą
                                           
                                          Tymcio
                                            Też spacer ale jeszcze bez śniegu
     












15 grudnia 2012

Indyk "indyjski", czyli humor w krótkich spodenkach:-)))

Kolejne Roraty za nami. Dzieci w miarę systematycznie , a co ważne bardzo chętnie chodzą na te Msze roratnie.
Każdego dnia jest inny Święty lub błogosławiony omawiany podczas kazania. Dzisiaj była Błogosławiona Matka Teresa z Kalkuty.

Rozmowa księdza z dziećmi...

Ks: Gdzie Matka Teresa przebywała?

Dzieci: W Indiach!!!

Ks. A jak się nazywaja ludzie , którzy mieszkają w Indiach?

Dz.: Indianie!!!

Ks.: A nie! Indyjczycy! (???)
       A jak się nazywają zwierzęta w Indiach???

Moja Hania wyrywa się do odpowiedzi : INDYKI !!!




                          

30 listopada 2012

Piekne opowiadanie...

Umarłe dziecko

Żałoba gościła w domu, żałoba panowała w sercach. Umarło najmłodsze dziecko, czteroletni , jedyny syn, nadzieja i radość rodziców. Mieli wprawdzie dwie córki, obie były dobre i kochane dziewczynki, ale utracone dziecko jest zawsze najukochańsze. Los ciężko ich doświadczył. Ojciec był głęboko zrozpaczony, ale matkę zmiażdżył wielki ból. Dni i noce siedziała nad chorym dzieckiem, pielęgnowała je i tuliła. Czuła w nim cząstkę siebie. Nie mogła tego pojąć, że dziecko umarło, że włożą je do trumny i pochowają w grobie. Bóg nie mógł jej zabrać dziecka - myślała - a skoro się tak jednak stało i miała już tę pewność, powiedziała w swym bezmiernym bólu: "To pewnie Bóg o tym nie wiedział. Ma on tu na ziemi służbę pozbawioną serca, która robi to, co jej się podoba i nie słyszy modlitw matki!"

W bólu wyrzekła się Boga i wówczas ogarnęły ją ponure myśli. Myśli o wiecznej śmierci, o tym, że człowiek stanie się prochem w ziemi i że tak się wszystko skończy. Gdy tak rozmyślała, nie miała się na czym oprzeć i pogrążała się w nicość i w zwątpienie bez dna.

W najcięższych chwilach nie mogła już płakać. Nie myślała o swych córeczkach, które pozostały. Łzy męża spadały na jej czoło, ale nie podnosiła ku niemu oczu. Myśli jej były przy zmarłym dziecku. Żyła wywołaniem każdego wspomnienia o nim, każdego z jego niewinnych, dziecięcych słów.

Nadszedł dzień pogrzebu. Matka parę poprzednich nocy spędziła bezsennie, o świcie zmogło ją zmęczenie i zasnęła na krótko. Przez ten czas wyniesiono trumnę do sąsiedniego pokoju i zabito ją gwoździami, aby matka nie słyszała uderzeń młotka.

Obudziwszy się wstała, a mąż powiedział do niej ze łzami:

- Zamknęliśmy trumnę, tak musiało się stać.

- Gdy Bóg jest dla mnie okrutny, jakże mogą ludzie być lepsi! - zawołała szlochając i płacząc.

Zaniesiono trumnę do grobu. Niepocieszona matka siedziała obok swych córeczek, patrzyła na nie, nie widząc ich. Jej myśli odbiegały od domu, oddała się bólowi. Tak minął dzień pogrzebu i wiele innych dni minęło w tym samym jednostajnym, ciężkim bólu. Patrzyli na nią domownicy wilgotnymi oczami i smutnym wzrokiem. Nie słuchała ich pocieszeń - i cóż mogli powiedzieć, sami byli zbyt ciężko zmartwieni.

Zdawało się, że sen opuścił ją zupełnie, a sen byłby jej najlepszym przyjacielem, przywróciłby spokój duszy. Zmuszali ją, aby kładła się do łóżka, a ona, położywszy się, udawała, że śpi. Pewnej nocy mąż, słysząc jej oddech, pewien, że od- nalazła spokój i ulgę, złożył ręce w modlitwie i wkrótce zasnął zdrowym i mocnym snem. Matka podniosła się , narzuciła na siebie suknię i cicho wymknęła się z domu. Poszła tam, gdzie całe dni i noce podążały jej myśli - do grobu, w którym leżało jej dziecko. Nikt jej nie widział i ona nie widziała nikogo.

Matka weszła na cmentarz, podeszła do małej mogiłki, która była jednym wielkim bukietem pachnących kwiatów. Usiadła i pochyliła głowę, jak gdyby poprzez gęstą warstwę ziemi mogła zobaczyć swego chłopczyka. Nie mogła zapomnieć kochanego wyrazu jego oczu, nawet wtedy, gdy był już chory. Jakże wymowne było jego spojrzenie, kiedy się nad nim pochylała i ujmowała jego delikatną rączkę, której sam nie mógł już podnieść. Tak, jak siedziała nad jego łóżkiem, czuwała teraz nad jego grobem, ale tutaj łzy mogły swobodnie płynąć i spadać na grób.

- Chcesz pójść za swoim dzieckiem? - powiedział jakiś głos tuż obok niej. Dźwięczał tak jasno, tak głęboko, że przeniknął do jej serca. Spojrzała: obok niej stał jakiś człowiek, owinięty w obszerny, żałobny płaszcz, którego kaptur przykrywał mu głowę. Jego twarz była surowa, ale wzbudzała zaufanie a oczy promieniały, jak gdyby był młodym człowiekiem.

- Za moim dzieckiem - w jej oczach była prośba pełna rozpaczy.

- Czy odważysz się pójść za mną? - spytała postać - Jestem Śmierć. Skinęła głową. I nagle zdawało się, że wszystkie gwiazdy płoną takim blaskiem, jak księżyc w pełni; zobaczyła cały przepych barw w kwiatach na grobie. Powłoka ziemi zapadała się łagodnie a postać rozpostarła nad nią swój czarny płaszcz! Pogrążała się w ziemi a cmentarz rozpościerał się nad jej głową jak dach. Nastała noc, noc śmierci.

Rąbek płaszcza uchylił się i oto matka stała w potężnej hali. Panował półmrok. Nagle zobaczyła przed sobą swoje dziecko i w tejże chwili przytulała je do swego serca, a ono uśmiechało się do niej i było piękniejsze niż dawniej. Wydała okrzyk, ale nie usłyszano go, gdyż wokół niej rozbrzmiewała cudowna muzyka. Nigdy jeszcze nie słyszała tak błogich tonów, wydobywały się one spoza ciężkiej i czarnej jak noc zasłony, która oddzielała halę od wielkiego kraju wieczności.

- Moja droga, miła mamo! - usłyszała głos swego kochanego dziecka, a potem w nieskończonej błogości poczuła jeden pocałunek za drugim.

- Na ziemi nie jest tak pięknie! Widzisz mamo, czy widzisz to wszystko? Oto szczęście!

Ale matka nie widziała nic, co dziecko pokazywało, nic oprócz czarnej nocy. Patrzyła ziemskimi oczami, nie tak jak dziecko, które Bóg do siebie prowadził. Słyszała dźwięki, tony, ale nie słyszała słów, w które pragnęła wierzyć.

- Teraz mogę fruwać, mamo - powiedziało dziecko - pofrunąć ze wszystkimi radosnymi dziećmi tam, do Boga. Chciałbym tak bardzo frunąć, ale kiedy ty płaczesz, jak teraz, nie mogę cię porzucić, a chciałbym tak bardzo! Czyż nie mogę pójść z nimi? Przyjdziesz przecież do mnie wkrótce, moja miła mamo!

- Ach, zostań - powiedziała - tylko przez chwilę. Jeden jedyny raz chcę na ciebie spojrzeć, pocałować cię i utulić w moich ramionach! - Całowała je i tuliła. Wtem z góry zabrzmiało jej imię, głos ten był bardzo żałosny. Cóż to mogło być?

- Czy słyszysz? - powiedziało dziecko - To ojciec cię woła! I znowu po chwili rozległy się głębokie westchnienia, jak gdyby płaczących dzieci.

- To moje siostry! - rzekło dziecko - Mamo, chyba o nich nie zapomniałaś? Wtedy wspomniała o tych, których zostawiła i ogarnął ją lęk. Ich wołanie i westchnienia rozbrzmiewały jeszcze w górze, prawie o nich zapomniała dla umarłego dziecka.

- Mamo, teraz biją dzwony Królestwa Niebieskiego! - powiedziało dziecko.

- Mamo, teraz wschodzi słońce!

Spłynęło na nią olśniewające światło, dziecko zniknęło, a ona wzniosła się w górę. Zrobiło się zimno, podniosła głowę i spostrzegła, że leży na grobie swego dziecka. Bóg zesłał jej sen i we śnie stał się podporą jej stóp, światłem jej rozumu.

Uklękła i modliła się:

- Przebacz mi Panie Boże, że chciałam zatrzymać wieczną duszę w jej locie i że pragnęłam zapomnieć o obowiązkach, którymi mnie tu na ziemi obarczyłeś względem żywych!

Gdy wymówiła te słowa, poczuła ulgę w sercu. Wzeszło słońce, nad jej głową zaśpiewał ptaszek, dzwony kościelne dzwoniły na mszę poranną. Dokoła niej panował nastrój tak uroczysty, jak w jej sercu. Poznała swego Boga, przypomniała sobie swoje obowiązki i pełna tęsknoty pośpieszyła do domu. Pochyliła się nad mężem i serdecznym pocałunkiem obudziła go. Mówili do siebie słowa serdeczne i szczere. Była silna i łagodna, tak jak tylko żona potrafi być, stała się źródłem pociechy:

- Wola Boga jest zawsze najlepsza!

A mąż spytał:

- Skąd zaczerpnęłaś nagle tyle sił i tak pocieszające myśli? Ona zaś pocałowała męża i dzieci i powiedziała:

- Mam je od Boga za pośrednictwem naszego zmarłego dziecka.


Hans Christian Andersen



23 października 2012

Trochę refleksji ...

Wczorajszego wieczoru obejrzałam program "Tomasz Lis na żywo" .Nie poświęciłabym mu swojej uwagi, gdyby nie temat,  jaki został tam poruszony. Myślę ,że jest to zbyt ważny problem dzisiejszych czasów, zeby przejść nad tym obojętnie.

Ostatnio nasi posłowie głosowali  za tym czy chore dzieci będące w łonach matek mają prawo do życia , czy dla "ich dobra" lepiej je zlikwidować. Ważył się też los dzieci poczętych w wyniku czynu zabronionego oraz dzieci , które rzekomo zagrażają życiu i zdrowiu swoich mam. . Dlatego też, była to dobra okazja  aby podjąć ten, jakże kontrowersyjny temat w tym programie.

Pan Lis zaprosił do studia m.in. trzy osoby rodzaju żeńskiego (celowo tu nie używam słowa "kobiet", bo postawa jaka reprezentuje te panie, zaprzecza ichj kobiecości) ,które usiłowały przekonać słuchaczy i swoich przeciwników do "tylko słusznej racji". Tak więc były to, posłanka Senyszyn, wicemarszałek Wanda Nowicka i jeszcze jedna "kobieta" , której nazwisko nie utkwiło mi w pamięci.
Dla kontry, zostali zaproszeni Pani poseł Beata Kempa,Pan poseł Żalek i mama dziecka , które urodziło się z zespołem Downa.

Kto może polecam obejrzeć Program Tomasza Lisa jest dostępny w internecie. Nie jestem wielbicielką tego programu, jednak wart jest posłuchania ,dla poruszonego tam tematu.'

Ja powiem w skrócie jeszcze od siebie  to, co mi się nasuwało na myśl  podczas słuchania tej dyskusji ...

W przypadku tych trzech "kobiet" (Senyszyn, Nowicka i ta pani, której nazwiska nie pamiętam), wykształcenie wybitnie nie idzie tu w parze z mądrością życiową . Widoczny był tu brak rzeczowych argumentów  w powtarzanych jak mantra bezsensownych stwierdzeniach, wyuczonych niczym regułki, bez próby zrozumienia tego, czym jest życie ludzkie, jaką jest wartością. Dyskusję swoją opierały tylko i wyłacznie na swojej subiektywnej ocenie.

"Dyskutantki" okazały całkowitą ignorancję z dziedziny biologii, a konkretnie rozwoju człowieka ,uparcie twierdząc,że płód to nie dziecko.Ech szkoda gadać. Podejrzewam,że gdyby nawet do tej rozmowy włączył się lekarz z tytułem profesora ,który by udowodnił im,że od samego początku mamy do czynienia z człowiekiem, istotą ludzką, ich ciasne umysły nie byłyby tego w stanie zrozumieć.

Ja, kiedy słucham takich dyskusji, a sczególnie z udziałem w/w posłanek (mam na myśli panią Senyszyn i Nowicką ), nie umiem się powstrzymać przed dosadną oceną ich postępowania. Głupota bije na odległość i aż się dziwię,że mają one tak duze poparcie wśród wyborców .

Jak miód na serce , w tej rozmowie były argumenty Pani Poseł Beaty Kempy  i  słowa, świadectwo zaproszonej mamy dziecka z zespołem Downa. Pięknie mówiły o wartości każdego poczętego życia.
Nie pomijam również Pana Posła Żalka z PO, który głosował zgodnie ze swoim sumieniem, nie poddając się dyscyplinie partyjnej. Tu kieruję dla niego moje słowa uznania. On również stanał po stronie obrońców życia dzieci nienarodzonych.

Mam  nadzieję, pomimo wielkiej niechęci do Pań Senyszyn i Nowickiej, że kiedyś życie zweryfikuje ich poglądy i z zatwardziałych zwolenniczek zabijania dzieci, staną się ich obrońcami. Cuda się zdarzają.

21 października 2012

Grzyby, las i My

Mamy piękną jesien i oby jak najdłużej, choć dzisiejsze prognozy zapowiadają już zmianę pogodę. Niestety.

Niedzielny  ciepły dzień, wykorzystaliśmy na rodzinny spacer po lesie. My starzy, zapaleni grzybiarze,  podziwialiśmy to co oferuje runo leśne i  poszukiwaliśmy grzybów. Dzisiaj to wyglądało prawie tak jakby te grzyby poszukiwały nas. Co krok to grzyby , i to nie jeden a całe stado. Tylko brać kosę i kosić.
Jak wyjeżdżaliśmy z domu, to przezornie i tak na wszelki wypadek wzięliśmy małe wiaderko (mąż miał jeszcze przy sobie dwie reklamówki) , bo a nóż widelec będziemy mieć szczęście i trafimy na przypadkowego grzybka? A tu tylko postawiliśmy nogi  w lesie, w naszym stałym miejscu, patrzymy jest podgrzybek, za chwilę drugi...piąty ...dziesiąty. Wiadrko zapełniliśmy w pół godziny. Kolejna godzina obfitowała zapełnieniem podgrzybkami reklamówki .
Dzieciaki, a pojachała z nami "tylko" czwórka dzieci złapały bakcyla na poszukiwanie grzybów, co raz to krzyczały "tato chodź tu, mam grzyba! o następny! o jest ! o jacie jaki wielki !!!" Mimo ,że zmęczone z radością wędrowały z nami przez las w poszukiwaniu mateiału na uszka wigilijne i sosik.
Ja z Maksem w nosidełku   też czynnie uczestniczyłam w zbieraniu grzybów.
Jest radość, jest satysfakcja.
Kiedy wchodziliśmy do lasu , w naszych głowach pobrzmiewały słowa piosenki, która powinna zostać hymnem grzybiarzy "Kiedyś Cię znajdę" Reni Jusis" ;-)
Ile razy myślę o grzybach, tyle razu śpiewa mi się ta piosenka ;-D.

"Ile jeszcze mogę znieść
Niepewność obezwładnia mnie
Czekam licząc każdy dzień
W nadziei, że pojawisz się
Byłam kiedyś już o krok
Wyraźnie wyczuwałam Go
Trafiłam jednak na Twój cień
Mimo tego ciągle wiem

Kiedyś Cię znajdę...znajdę Cię
W końcu znajdę
Jestem coraz bliżej wiem...

Ile jeszcze mogę znieść
Cierpliwość kiedyś kończy się
Ostrożnie stawiam każdy krok
Tak łatwo jest popełnić błąd
Czasem w stresie boję się
Że nagle mogę minąć Cię
Jak rozpoznać że to Ty
Będę szukać Cię z całych sił...

Kiedyś Cię znajdę...znajdę Cię
W końcu znajdę
 Jestem coraz bliżej wiem..."

                                                                                         W połowie zbiorów
                                                                                             Szaleństwo z liśćmi

 
Uroki Jesieni

  
Nasze zbiory :D





6 października 2012

Być rodzicem

Dzisiaj trochę refleksji nad sensem "posiadania" dzieci. Posiadania?Moze  raczej dawania życia dzieciom.
Dzieci się ma, ale nie dla siebie, są nam dane w darze,   tylko chwilowo i przejściowo. Przychodzą na świat nie dla nas. My rodzice mamy za zadanie ukształtowac i nadac im jakąś formę.Najlepszą jaką potrafimy.
Pewnie nieraz usłyszało się od własnego dziecka w chwili jakiejś złości ,kłótni " po co mnie urodziłaś, wolałbym/wolałabym aby mnie nie było".
Sama stanęłam kiedyś przed takim pytaniem ze strony syna . Tłumaczyłam mu, że po to,żeby mógł żyć dla innych, bo ja z tego tytułu nie mam zbyt wiele korzyści ,oprócz miłości, która mogą sama zaoferować i ewentualnie otrzymac od niego. Dzieci jeśli się ma to wiąże się to bardziej z obowiązkami, z rezygnacją z częsci siebie. Trudno mówić o przyjemności, kiedy  trzeba po kilka razy w nocy wstwać, a jak tych dzieci jest więcej, to można sobie wyobrazić ile tych nocy było, jest i będzie? Kiedy trzeba się solidnie nagimnastykowac,żeby dzieciom zapewnić byt, żeby miały szczęśliwe dzieciństwo? Czy na to wszystko człowiek by się zdecydował, gdyby nie wartość najwyższa , jaką jest miłość do dziecka , ta bezinteresowna? Przecież to wszystko, ten wkład w trud wychowania, daje jedynie gwarancję tego,że dzieci  o nas kiedyś nie zapomną,że oddadzą tą miłość, którą otrzymały. Oddadzą nie tylko nam, ale swoim przyszłym
rodzinom ,które założą. Ta miłość to jest chyba najważniejsza inwestycja, która powinna zaprocentować w przyszłości. Nie pieniądze, nie markowe ciuchy,są najważniejsze , ale właśnie to poczucie bycia kochanym i akceptowanym.

Każde dziecko jest Błogosławieństwem, dla rodziców, dla rodzeństwa. Kiedy przyjmuje się je z radością, mimo trudności życiowych, to to dzieciątko ma gwarancję szczęścia i miłości.
Patrząc na to od tej strony, to ja nigdy nie byłabym  w stanie powiedzieć,że więcej dzieci nie chcę, bo każde ewentualne dziecko ,które miałoby się u nas pojawić, od początku byłoby niezaakceptowane. Mówiąc "nie" mojemu przyszłemu dziecku, mówiłabym "nie chcę Cię". Nigdy tak naprawdę nie mamy gwrancji,że to dzieciątko się nie pojawi, więc ja zawsze mówię, jeśli się u nas zjawisz ,będziesz chciane i kochanę. Ja Ciebie chcę. Jeśli tylko taka będzie Wola Boża .

Czy można też odmówić dzieciom radości z posiadania rodzeństwa? Kiedy słyszy się takie słowa:
" Mamusiu dziękuję Ci,że urodziłaś Maksia, czy Mikołaja,on jest taki kochany, tak bardzo go kocham " -czy nie warto ???

Damian, Szymek , Hania , Franuś, Antoś [*], Tymuś, Mikołaj , Maksiu  ...

Dziękuję za nich każdego dnia. Za tych co są z nami i za to dzieciątko, które było tak krótko z nami.

                         



13 września 2012

(Nie)książkowe dziecko

Maksiu taki malutki a tyyyle już potrafi. Każdego dnia zaskakuje nas coraz to nowymi umiejętnościami.
Za dwa tygodnie skończy 7 miesięcy i potrafi już naprawdę sporo.
Wędruje w łóżeczku trzymając się barierki, raczkuje po całym pokoju, siedzi a co za tym idzie zaczyna coraz więcej sam się bawić.
Mamusia, dzięki temu, może złapać trochę oddechu. Kiedy jest wyspany, najedzony to dziecka nie ma. Tylko zerkać trzeba , czy czasem już na taras nie wyraczkował.

Zęby równie szybko mu wychodzą. Ma już cztery kasowniki. Na mijanego. Jedyneczki na dole pieknie książkowo wyrosły , za to góra świeci dwójkami i jakaś taka nie po kolei jest. W książkach można wyczytać,że to raczej jedynki pierwsze powinny wyjść, ale nie, Maks musi być oryginalny, i zaczał od dwójek.

Pierwsze miesiące , to najtrudniejszy chyba okres u dziecka, oczywiście u tych dzieci, które mało śpią, a Maks się do tych dzieci niestety zalicza. Dla mnie, jest to do czasu, dopóki  maluszek nie zacznie siedzieć. Dzięki Bogu Maks ma te wszystkie etapy w przyspieszonym tempie.

Kochany jest. Kochane są wszystkie nasze małe skarby. I te już duuże i te średnie i te całkiem małe.


Taaaaaaki mam piękny uśmiech.






12 września 2012

Optymistycznie i Radośnie

                                                                                    
                                                                        
                   
Dzisiaj krótko, ale te słowa,  w tym jednym zdaniu, mówią wszystko


"Swoja radość można znaleźć
w radości innych,
 to właśnie jest tajemnica szczęścia."

Georges Bernanos


I może jeszcze te dwa cytaty...

"Radość jest jak kamień,
który wrzucony do wody
 zatacza coraz większe kręgi."
Adalbert Balling 

"Uśmiech to bodaj najkrótsza droga
 do drugiego człowieka. "
Henry Saka  


 Niech radość i szczęście zagości na stałe w każdym z nas


  

9 sierpnia 2012

Dzień za dniem

Bardzo mi się nie chciało ostatnio pisać. Maksiu tak sobą absorbuje,że nawet nie myślałam o tym a i jakoś nie było potrzeby. Czy teraz jest? W sumie to nie wiem, po co i dlaczego? Czasami wydaje mi się, że to nie ma sensu innym razem, że może warto jeszcze pociągnąć. Brak pomysłów i  brak chęci jak się zbiorą razem do kupy do wychodzi z tego wielkie nic.

Ostatnie miesiące upływają pod znakiem Maksa. Do Maksa dostosowany jest cały rozkład dnia. Jednym słowem- Maks rządzi. Na razie. Przyjdzie czas,że będzie On musiał dostosować się do reszty rodziny.
Teraz łatwo nie jest, ale jakoś dajemy radę. Może nie ogarniam wszystkiego ,ale myślę ,że niedługo wszystko wróci do normy.

Mały ma obecnie niecałe 5  i pół miesiąca. Jest dla nas wielkim zaskoczeniem, to,że tak małe dziecko bierze się za raczkowanie, za siadanie i to całkiem samodzielnie. Nikt nie próbuje mu w tym pomagać, a jednak mały prze do przodu.
W wózku ciężko go utrzymać w pozycji leżącej, bo cały czas siada. Byłam pełna obaw czy zmieniać mu wózek na spacerowy, bo wydaje mi się ,że jeszcze jest na to za mały. Trochę dziwnie wygląda taki maluch . na którego jeszcze szelki wózkowe nie pasują , a już siedzi. Poza tym czy jego kręgosłup nie za bardzo obciążony? Ale skoro sam usiłuje pewne czynności wykonać ,to może jednak jest już na to gotowy.

Pierwszy ząbek też już mamy za sobą i z obawą czekam na kolejne. Jak na razie zaciskanie dziąseł (przez Maksa oczywiście) podczas karmienia, nie było takie straszne, choć trochę bolesne, i aż się boję co to będzie, jak będzie tak zaciskał dziąsła , na których wyrosną już zęby. Strach się bać.
Pomału przyzwyczajam go do butelki, w razie czego , jak zrobi się niebezpiecznie i moje piersi będą zagrożone pogryzieniem, czy wręcz odgryzieniem , radykalnie rezygnujemy z naturalnego karmienia. Butelka jest już w stanie gotowości.

Bliźniaki od kilku tygodni mają fazę na hodowlę motyli. Jednego już wyhodowany. Zaczęło się od ładnej gąsienicy. którą babcia przyniosła dzieciom . Dzieciaki, gąsieniczce przygotowały sloik, przyniosły koperek i wzorowo się nią opiekowały. Wymiana starego kopru na świeży, sprzątanie kupek ze słoika- te wszystkie czynności do nich należały. Ja, jeszcze koper byłabym w stanie wymienić, co do kupek powiedziałam stanowczo- nie. Macie swoje zwierzątko domowe, to prosze sobie po nim sprzątać.
No i dzieci miały małą lekcję biologii. Od gąsieniczki, przez kokon doczekały się pięknego motyla .
Paź Królowej - przepiękny był. ale na tym ich przygoda z motylkiem zakończona. Motyl jest już na wolności.

                                                   
                                         Maksik
  

A to nasze zwierzątko ;-)



17 lipca 2012

Mikołajkowe urodziny


                                                                         
I tak zleciały dwa lata życia Mikołajka.

Pogoda w niczym nie przypomina tamtego upalnego dnia, kiedy Mikuś postanowił przyjść do nas na świat. Dzisiaj jest chłodno, deszczowo  ale też i słońca niemało..
Dzień 17 lipca 2010 roku powitał maluszka niemiłosiernym upałem.
Mikusiowi nie spieszyło się. Miał urodzić się w dzień urodzin babci  10 lipca, a urodził się tydzień później. Zrobił za to niespodziankę  i prezencik mamusi

Czego chciałabym życzyć Mikołajowi? Aby był szczęśliwy, żeby podążał Bożymi ścieżkami i był dobrym człowiekiem.
Mikołajku wszystkiego co dla Ciebie najlepsze.
Kochamy Cię