Nasza rocznica:)

28 maja 2013

zaległości

Strasznie dawno nic nie pisałam, ale cierpię ostatnio na chroniczny brak czasu i chęci do pisania.
Od ostatniego wpisu trochę się działo. Moja Babcia cudem wyszła z choroby. 90 lat skończyła i pokonała skutki udaru. Lekarze nie dawali szans na przeżycie, mówili o ostatnich godzinach życia, a dzisiaj ? Babcia chodzi, rozmawia, może już nie jest tak sprawna jak przed chorobą, ale jest i cieszy się życiem...
Natomiast, stało się coś czego nikt się nie spodziewał , zmarła Babcia męża, nagle... narodziła się dla nieba.

1 maja moje bliźniaki skończyły 8 lat. Torty były, goście byli.... dzieciaki zadowolone...

Tymek, jak przystało na przedszkolaka pięciolatka, odważnie i dzielnie chodzi do przedszkola. Pieszczoch mały z niego jest. Lubi biegać...biega, biega i biega. Kiedy tylko może i ma okazję.

Mikołaj, z grzecznego i milutkiego dwulatka staje się kapryśnym , upartym zbuntowanym trzylatkiem, którego cięzko utrzymać na wodzy.
Potok słow się sypie i gada, gada , gada i gada...i gada i gada...
Ostatnio w Kościele się pyta (nagroda dla tego kto zgadnie )...
" mamo, kopaż jebke"  


Chłopcy najstarsi...no cóz, ich zostawię, bez komentarza. Stare konie już z nich...


Wczoraj, tzn. w niedzielę byliśmy na Marszu dla Życia  i Rodziny. Pogoda była owszem, nawet dała się baaardzo odczuć. Lało jak z cebra, a my wybraliśmy się  bez parasoli. Na szczęście życzliwi ludzi poratowali nas i jakoś doszliśmy do celu.
I tak zmokliśmy do suchej nitki.
Wracając z Marszu, byłyśmy z Hanią jeszcze w nastroju do śpiewania i podśpiewywałyśmy ulubioną pieśn Bł Jana Pawła II "Barkę".

Ja śpiewałam w tej wersji:
"O Panie, to Ty na mnie spojrzałeś,
Twoje usta dziś wyrzekły me imię.
Swoją barkę pozostawiam na brzegu,
 Razem z Tobą nowy zacznę dziś łów."

Hania:
O Panie, to Ty na mnie spojrzałeś,
Twoje usta dziś wyrzekły me imię.
 Swoją WARGĘ pozostawiam na brzegu,
 Razem z Tobą nowy zacznę dziś łów.



I troszkę zdjęć, może nowymi nie zaskoczę, ale niech i tu będą :)

                                        Z Marszu dla Życia i Rodziny
                                         To też


A to już niedziela tydzień temu, jak jeszcze trochę słońca i ciepła było :)






11 kwietnia 2013

U kresu życia...

Jutro są 17 urodziny mojego najstarszego syna. Pojutrze są również  90 urodziny mojej Babci, na które szykowaliśmy się wszyscy, całą rodziną. To miały być dwie radosne rocznice...
Babcia jednak gaśnie, pomalutku i cichutko odchodzi. Leży w szpitalu i czeka na najważniejsze wydarzenie w życiu każdego człowieka. Prawdopodobnie dzielą ją już tylko godziny od tego...
Po ludzku myśląc chciałoby się życzyć Babci powrotu do zdrowia i pełni sił. Ale czy moja Babacia chciałaby, aby tego jej życzono? Jest przygotowana i gotowa na spotkanie z Jezusem.
Czy chciałaby odwlec ten moment? Kiedy to pisze Babcia jeszcze jest tu , po tej stronie z nami.
Nie wiem co będzie , kiedy rano wstanę? Może będzie już po tej drugiej stronie, gdzie nie ma bólu, starości, smutku. Jest tam już tylko Radość , Szczęście i Miłość. Tam po tej drugiej stronie jest Mąż Babci, który cierpliwie na nią czeka już 21 lat. Jest tam jej syn Tadeusz, który odszedł  w sile wieku, 13 lat temu.
Czy jest coś, co powstrzymałoby ją od spotkania z nimi? Może Babcia przez te wszystkie lata czekała na to spotkanie ze swoimi ukochanymi Osobami?
Jestem przepełniona spokojem, nie lękam się o nią, wierzę w to,że swoim trudnym i ciężkim życiem zasłużyła sobie na niebo. Jestem spokojna, bo wiem, że tam gdzie się wybiera, będzie jej lepiej.
Nie mogę z nią być, towarzyszyć jej w tym przejściu, bo jest za daleko. Mam tylko cichutką nadzieję, że nie będzie samotnie odchodzić, że będzie tam ktoś, kto ją potrzyma za rękę i zmówi modlitwę.

Twoja Wola Panie niech się stanie...





31 marca 2013

CHRYSTUS ZMARTWYCHWSTAŁ !!!


      Prawdziwie zmartwychwstał Alleluja !!!




Jezus zmartwychwstał i pokazał, że nie istnieje śmierć dla nas, którzy trwamy w nim! Życzę , więc trwania w Nim pomimo wszelkich przeciwności, które napotykamy w sobie i obok nas.

 Niech Zmartwychwstały Chrystus wejdzie z mocą w Nasze życie.
Niech obdarza Nas wszystkich pokojem i błogosławieństwem.
Niech pomaga w codzienności czynić życie szczęśliwym.





15 marca 2013

Mamy gila

Wpadł dzisiaj do nas, a raczej na naszą szybę okienną Pan Gil. Tak nieszczęśliwie,że już odlecieć nie mógł.
W tej chwili przechodzi rekonwalescencję w pudle na zabawki. Jeśli szok minie , to z samego rana zwrócimy mu wolność, o ile jego skrzydełka będa w stanie latać.

                                         Nasz mały gość, zaraz po ocaleniu...





14 marca 2013

Habemus Papam, Franciszek !!!


Mamy nowego Papieża!!!!
Tak krótko go znam, a tak od razu dał się pokochać.
Piękna postać, piękna postawa, pełna pokory , skromności i miłości.
Będzie dźwigał ciężar niepojęty, cały świat. Zgodził się z Wolą Bożą i wziął na swoje barki niesamowitą odpowiedzialność za Kościół, za nas wszystkich.

Potrzeba modlitwy, aby podołał swoim obowiązkom i aby wystarczyło mu sił do Bożej posługi...
Nie pozwólmy aby poczuł się kiedykolwiek opuszczony i osamotniony...

Kochany Nasz Ojciec Święty Franciszek









I jakże piękne zdjęcia, jeszcze jako Kardynał ...









7 marca 2013

Pomoc dla Sydonii

Sydonia - wpsaniała Kobieta. Wzór do naśladowania w zmaganiach się z chorobą. Z pokorą przyjmuje wszystko co na nią spada. Z godnością walczy z chorobą. Tu można przeczytać i zapoznać się z jej chorobą i tym przez co już przeszła.
http://starynowyczlowiek.blog.onet.pl/

Sydoniu wierzę ,że się uda zebrać kwotę potrzebną na Twoje leczenie :)

Słowa Sydonii:
Zwracam się z prośbą do tych, którzy się jeszcze nie rozliczyli z fiskusem:) W związku z tym, że moje leczenie jeszcze się nie zakończyło proszę o przekazanie 1% na Fundację w której mam subkonto:) W tym roku oprócz tych leków, które biorę muszę jeszcze mieć leki helatujące żelazo, ponieważ jak powiedzieli lekarze przy tej wysokości jaką ja mam grozi mi niewydolność wielonarządowa a jedyny dostępny lek w formie tabletek o nazwie Exjade niestety nie jest lekiem refundowanym przez NFz i miesięczna kuracja to koszt ok. 3000zł (tak, trzytysiącezłotych:( jak na razie to tylko wątroba nie domaga ale jest potrzeba by ta ferrytyna była obniżona, więc gdybyście mogli to proszę:)
1% podatku na rzecz Fundacji Podaruj Życie KRS 0000047638 z dopiskiem „dla Sydonii”

Jeśli możesz i chcesz pomóc, proszę za Sydonią o wpłatę 1% podatku .
To tak niewiele a zebrany grosz do grosza może uratowac Jej zdrowie i życie.

         

25 lutego 2013

MAM JUŻ ROCZEK !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Trochę się boję przemiany takiej:
mam wkrótce przestać być niemowlakiem,
tak mi przynajmniej mówią rodzice.
A co jeżeli sobie nie życzę ?
 Już raz zmieniałem się z noworodka
w niemowlę właśnie. Czy coś mnie spotka
dobrego jeśli wydorośleję ?
Co o tym myśleć ? Czy mieć nadzieję
że jako dziecku w końcu pozwolą
sprawdzić co siedzi w kontaktach ?
Solą dadzą się bawić lub grzebać w szafkach
dotąd zamkniętych ? Albo w zabawkach
trzymać papierki do rozdzierania
na które "banknot" mówiła mama ?
Czy z tej przemiany będzie wynikać
 że będę mógł dotykać czajnika
 kiedy tak sobie gwiżdze wesoło ?
Meble przestaną mnie pukać w czoło
 jeżeli będę dzieckiem nazwany ?
Jeśli nie - po co taka zamiana ?

 Jeśli odpowiedź znasz to nie zwlekaj
- wpadnij, dam torta spróbować, czekam.






24 lutego 2013

Nareszcie w domku

Dzisiaj ( w sobotę. Północ minęła, więc małe sprostowanie dodaję ) Hania wróciła do domu. Jeszcze nadal niezupełnie zdrowa, ale jest w domu. Dalsze leczenie zalecone. W środę wizyta kontrolna nas jeszcze czeka.
Z lekarstw pozostały jej inhalacje.
Powitanie skromne było, ale z racji dolegliwości żoładkowych, Hania nie bardzo może jeść.
Skończyły się już w końcu wyjazdy do szpitala. Kilkugodzinne dyżury przy dziecku, skutecznie dezorganizują porządek dnia. Zaległości spore we wszystkim. Całe szczęście,że to są/były ferie, to Hania nie będzie miała dużych zaległości  w szkole. Na razie kolejny tydzień spędzi w domu, a jak będzie potem to się okaże.
Stęskniła się bardzo za domownikami, a i domownicy juz czekali na Hanię. Mikołaj to wręcz piszczał z radości jak zobaczył siostrzyczkę.
Hania dość miło będzie pewnie wspominać pobyt w szpitalu. Miała miłe towarzystwo 4-letniej Małgosi, jak ona chorej na zapalenie płuc. Oprócz tego codziennie miała gości tak więc  czasu na nudę nie było.

I co jeszcze...
Maks 25 lutego kończy roczek. Imprezka urodzinowa przełożona, bo nie wiadomo było jak z Hani wyjściem ze szpitala.
Mały już coraz dzielniej kroczy na swoich nóżkach, przy czym jest bardzo ostrożny.
Jeszcze trzeba będzie potrenować z nim dmuchanie świeczek. Czy się uda ...zobaczymy ;)

Powitanie Hani 




I może jeszcze trochę wspomnień ze szpitalnego pobytu

Wizyta najstarszego brata Damiana

I tak m.in. upływał Hani czas ;)










16 lutego 2013

Zimowe choróbska

Hania jest w szpitalu. Po tygodniowej męczarni z uporczywym i nieustannym kaszlem, w końcu została zdiagnozowana. Zapalenie płuc, a dokładnie zapalenie górnego płata płuca (nie wiem którego) .
Osłuchowo nic a nic nie było słychać, dopiero zdjęcie rtg i wykazało co w płucach gra.
Tygodniowe leczenie nie przynosiło kompletnie żadnej poprawy dopiero czwarta wizyta zakończyła się wysłaniem jej do szpitala. Ufff... jest nadzieja,że w końcu podejmą skuteczne leczenie i dziecko moje odetchnie.
Jeszcze tylko jedno. Niektórych lekarzy odesłałabym na urlop aż do samej emerytury, żeby nie mogli "leczyć" małych dzieci.
Jak nie potrafią pomóc, niech chociaż  nie szkodzą. A taka sytuacja miała miejsce w przypadku leczenia Hani.

                           Stęsknieni bracia z wizytą u Hani



3 lutego 2013

Z sentymentem zajrzałam dzisiaj na mój"stary blog" na onecie.
Dokładnie rok temu oczekiwałam narodzin Maksia, który słodko siedział sobie w maminym brzuchu.
Tak bardzo wówczas nie mogłam się na niego doczekać, a tu już rok czasu minął od tamtej chwili. Za 22 dni mały skończy pierwszy roczek swojego życia.
Mimo,że nie był to łatwy rok, ale przepełniony miłością i radością z naszego kolejnego dzieciątka.
Wniósł tyle radości do domu. Dzieci za nim przepadają. Tak dużo razy już słyszałam " ,mamusiu dziękuję ci za to ,że urodziłaś Maksa" .
Warto było.
Warto było przy każdym dziecku .
I  mimo tego , że nie zawsze było lekko,że  nie zawsze wiadomość o kolejnym dziecku była przez niektórych przyjmowana z radością,to  my zawsze cieszyliśmy się i zawsze będziemy dziękować za każdy cud życia.
Kiedyś rozmawiałam z mężem o dzieciach i doszliśmy do wniosku,że przyjmując kolejne dziecko w rodzinie, daliśmy  mu szansę zaistnieć.
Tak zaistnieć, bo patrząc teraz na wszystkie Nasze dzieci, widzę istnienia, którym dalismy szansę na to, aby mogły być szczęśliwe.
Każde dziecko to pzecież kolejna,solidna porcja miłości.

I jeszcze to dzisiejsze czytanie z 1 listu do Koryntian "Hymn o miłości"... Piękne...

A to mój prawie roczniak :)














24 stycznia 2013

Eutanazja? - Nie, dziękuję!!!

Wczoraj przeczytałam szokujacy artykuł na temat eutanazji. Ostatnio w mediach coraz cześciej ( niestety) slyszy sie ten termin, zapewne celem oswojenia wszystkich z tym patologicznym zjawiskiem.
Podejmuje się "dyskusję" nad czymś nad czym dyskutować się nie powinno. Życie ludzkie jest wartoscią i należy je chronić od samego poczęcia aż do naturalnej śmierci. Tu nie ma żadnych kompromisów, bo jedno ustępstwo rodzi kolejne, a potem następne i następne. I do czego nas to zaprowadzi? Czy dążymy do tego co dzieje się już w Holandii ? Czy moje pokolenie będzie mogło bezpiecznie się czuć korzystając z pomocy lekarzy?
Mam nadzieję, że lekarze pozostaną lekarzami , którzy ratują życie i zdrowie człowieka a nie je odbierają w imię nieludzkiego i dla mnie niepojętego "dobra", że zawsze pozostaną Kimś kto niesie nadzieję, a nie lęk i strach.

Artykuł i historia , która mnie tak poruszyła znajduje się tutaj KLIK.  
                                           PRZECZYTAJ KONIECZNIE !!!!!


22 stycznia 2013

Kraina pełna lodu

Dzisiaj rano nim wstałam otrzymałam od męża informację, że samochód jest tak skuty lodem,że nie da się do niego dostać. W związku z tym dzieiciaki zostały w domu. Wolałam nie ryzykowac połamanychg rąk i nóg. Droga do szkoły, podobnie jak samochód była cała pokryta grubą warstwą lodu.
Pięknie jest na zewnątrz, ale i niebezpiecznie.
Postanowiliśmy utrwalić to zjawisko i wyszliśmy z Frankiem zrobić zdjęcia. Franuś tylko skomentował,że mamy dzisiaj ''epokę lodowcową" ;)

A oto co udało nam się dzisiaj utrwalić
                              

                              
















21 stycznia 2013

Minął czas... dobry czas

Ale wszystko jeszcze przed nami ;) chyba .

Tak ten czas leci... ostatni wpis był ponad miesiąc temu. U nas wszystko i nic .Jak na porę zimową przystało, choroby od czasu do czasu się plączą. Jak tamten rok był pod tym względem super, czyli zero chorób, tak ten sezon jesienno- zimowy jest znacznie "lepszy" od zeszłorocznego.
Od października począwszy przeszliśmy już w domu wysypki bostońskie ( paskudztwo, ze hej) , infekcje, katary, a w przypadku Maksa dwukrotne zapalenie uszu.Obecnie w trakcie leczenia.

W międzyczasie były Święta Bożego Narodzenia, tu na szczęście wszyscy w pełni zdrowi. Same Święta minęły pięknie. Pierwsze  z Maksem, tzn w sumie już drugie z nim , ale pierwsze, w których aktywnie mały uczestniczył, łącznie z rozbrajaniem choinki. Choinka wytrzymała do 6 stycznia. Dzień wcześniej przyjmowaliśmy księdza z kolędą a w niedzielę było rozbieranie choinki. W tym roku nasze Drzewko świąteczne po kilku dniach wyglądało dośc żałośnie. Maks upodobał sobie ściąganie bombek z choinki, więc wszystkie z dolnych gałązek wywędrowały na wyższy poziom. Łańcuch, pod koniec wisiał gdzie popadnie, a światełka świeciły niekoniecznie na choince. Część z nich Maksiu ściągnął na podłogę a i te na gałązkach się poprzemieszczały.

Dzieciaki troszkę pomagały w przygotowaniach do Świąt smażyły rybę, robiły bombki ze styropianu , cekinów i wstążeczek i szpilek( 7 pudełeczek szpilek zużyliśmy na te bombki!!!) . Ja  też je robiłam . Świetna zabawa a efekt niesamowity . Pierniczki były upieczone, ale z braku czasu nie zawisły już na choince.

W Wigilię stolarze przywieźli nam nowy stół, zamówiony miesiać wcześniej. Jak miło było przy ładnym stole spożywać kolację wigilijną.

Troszkę wspomnień było, a  na bieżąco postaram się częściej coś napisać, choć ciężko u mnie z mobilizacją.
Ostatnie dni są pod znakiem Maksa. Maks maruda nie dał nic zrobić. Chory to i rączek się domagał, a ja już miałam czasami dość.
No ale takie są uroki macierzyństwa, nikt nie obiecywał ,że będzie lekko i chyba ze wszystkim tak jest...

Minął czas Świąt, a szkoda, bo to był piękny czas :)

                                                      Chwile spędzone na maminych kolanach
                           
                                                   Świateczna krzątanina bliźniaków...;-)
             

                                                    Maksiu z chochlikami w oczkach
                                                       Nasz nowy stół

                                               
                                            Spacerek zimową porą
                                           
                                          Tymcio
                                            Też spacer ale jeszcze bez śniegu
     












15 grudnia 2012

Indyk "indyjski", czyli humor w krótkich spodenkach:-)))

Kolejne Roraty za nami. Dzieci w miarę systematycznie , a co ważne bardzo chętnie chodzą na te Msze roratnie.
Każdego dnia jest inny Święty lub błogosławiony omawiany podczas kazania. Dzisiaj była Błogosławiona Matka Teresa z Kalkuty.

Rozmowa księdza z dziećmi...

Ks: Gdzie Matka Teresa przebywała?

Dzieci: W Indiach!!!

Ks. A jak się nazywaja ludzie , którzy mieszkają w Indiach?

Dz.: Indianie!!!

Ks.: A nie! Indyjczycy! (???)
       A jak się nazywają zwierzęta w Indiach???

Moja Hania wyrywa się do odpowiedzi : INDYKI !!!




                          

30 listopada 2012

Piekne opowiadanie...

Umarłe dziecko

Żałoba gościła w domu, żałoba panowała w sercach. Umarło najmłodsze dziecko, czteroletni , jedyny syn, nadzieja i radość rodziców. Mieli wprawdzie dwie córki, obie były dobre i kochane dziewczynki, ale utracone dziecko jest zawsze najukochańsze. Los ciężko ich doświadczył. Ojciec był głęboko zrozpaczony, ale matkę zmiażdżył wielki ból. Dni i noce siedziała nad chorym dzieckiem, pielęgnowała je i tuliła. Czuła w nim cząstkę siebie. Nie mogła tego pojąć, że dziecko umarło, że włożą je do trumny i pochowają w grobie. Bóg nie mógł jej zabrać dziecka - myślała - a skoro się tak jednak stało i miała już tę pewność, powiedziała w swym bezmiernym bólu: "To pewnie Bóg o tym nie wiedział. Ma on tu na ziemi służbę pozbawioną serca, która robi to, co jej się podoba i nie słyszy modlitw matki!"

W bólu wyrzekła się Boga i wówczas ogarnęły ją ponure myśli. Myśli o wiecznej śmierci, o tym, że człowiek stanie się prochem w ziemi i że tak się wszystko skończy. Gdy tak rozmyślała, nie miała się na czym oprzeć i pogrążała się w nicość i w zwątpienie bez dna.

W najcięższych chwilach nie mogła już płakać. Nie myślała o swych córeczkach, które pozostały. Łzy męża spadały na jej czoło, ale nie podnosiła ku niemu oczu. Myśli jej były przy zmarłym dziecku. Żyła wywołaniem każdego wspomnienia o nim, każdego z jego niewinnych, dziecięcych słów.

Nadszedł dzień pogrzebu. Matka parę poprzednich nocy spędziła bezsennie, o świcie zmogło ją zmęczenie i zasnęła na krótko. Przez ten czas wyniesiono trumnę do sąsiedniego pokoju i zabito ją gwoździami, aby matka nie słyszała uderzeń młotka.

Obudziwszy się wstała, a mąż powiedział do niej ze łzami:

- Zamknęliśmy trumnę, tak musiało się stać.

- Gdy Bóg jest dla mnie okrutny, jakże mogą ludzie być lepsi! - zawołała szlochając i płacząc.

Zaniesiono trumnę do grobu. Niepocieszona matka siedziała obok swych córeczek, patrzyła na nie, nie widząc ich. Jej myśli odbiegały od domu, oddała się bólowi. Tak minął dzień pogrzebu i wiele innych dni minęło w tym samym jednostajnym, ciężkim bólu. Patrzyli na nią domownicy wilgotnymi oczami i smutnym wzrokiem. Nie słuchała ich pocieszeń - i cóż mogli powiedzieć, sami byli zbyt ciężko zmartwieni.

Zdawało się, że sen opuścił ją zupełnie, a sen byłby jej najlepszym przyjacielem, przywróciłby spokój duszy. Zmuszali ją, aby kładła się do łóżka, a ona, położywszy się, udawała, że śpi. Pewnej nocy mąż, słysząc jej oddech, pewien, że od- nalazła spokój i ulgę, złożył ręce w modlitwie i wkrótce zasnął zdrowym i mocnym snem. Matka podniosła się , narzuciła na siebie suknię i cicho wymknęła się z domu. Poszła tam, gdzie całe dni i noce podążały jej myśli - do grobu, w którym leżało jej dziecko. Nikt jej nie widział i ona nie widziała nikogo.

Matka weszła na cmentarz, podeszła do małej mogiłki, która była jednym wielkim bukietem pachnących kwiatów. Usiadła i pochyliła głowę, jak gdyby poprzez gęstą warstwę ziemi mogła zobaczyć swego chłopczyka. Nie mogła zapomnieć kochanego wyrazu jego oczu, nawet wtedy, gdy był już chory. Jakże wymowne było jego spojrzenie, kiedy się nad nim pochylała i ujmowała jego delikatną rączkę, której sam nie mógł już podnieść. Tak, jak siedziała nad jego łóżkiem, czuwała teraz nad jego grobem, ale tutaj łzy mogły swobodnie płynąć i spadać na grób.

- Chcesz pójść za swoim dzieckiem? - powiedział jakiś głos tuż obok niej. Dźwięczał tak jasno, tak głęboko, że przeniknął do jej serca. Spojrzała: obok niej stał jakiś człowiek, owinięty w obszerny, żałobny płaszcz, którego kaptur przykrywał mu głowę. Jego twarz była surowa, ale wzbudzała zaufanie a oczy promieniały, jak gdyby był młodym człowiekiem.

- Za moim dzieckiem - w jej oczach była prośba pełna rozpaczy.

- Czy odważysz się pójść za mną? - spytała postać - Jestem Śmierć. Skinęła głową. I nagle zdawało się, że wszystkie gwiazdy płoną takim blaskiem, jak księżyc w pełni; zobaczyła cały przepych barw w kwiatach na grobie. Powłoka ziemi zapadała się łagodnie a postać rozpostarła nad nią swój czarny płaszcz! Pogrążała się w ziemi a cmentarz rozpościerał się nad jej głową jak dach. Nastała noc, noc śmierci.

Rąbek płaszcza uchylił się i oto matka stała w potężnej hali. Panował półmrok. Nagle zobaczyła przed sobą swoje dziecko i w tejże chwili przytulała je do swego serca, a ono uśmiechało się do niej i było piękniejsze niż dawniej. Wydała okrzyk, ale nie usłyszano go, gdyż wokół niej rozbrzmiewała cudowna muzyka. Nigdy jeszcze nie słyszała tak błogich tonów, wydobywały się one spoza ciężkiej i czarnej jak noc zasłony, która oddzielała halę od wielkiego kraju wieczności.

- Moja droga, miła mamo! - usłyszała głos swego kochanego dziecka, a potem w nieskończonej błogości poczuła jeden pocałunek za drugim.

- Na ziemi nie jest tak pięknie! Widzisz mamo, czy widzisz to wszystko? Oto szczęście!

Ale matka nie widziała nic, co dziecko pokazywało, nic oprócz czarnej nocy. Patrzyła ziemskimi oczami, nie tak jak dziecko, które Bóg do siebie prowadził. Słyszała dźwięki, tony, ale nie słyszała słów, w które pragnęła wierzyć.

- Teraz mogę fruwać, mamo - powiedziało dziecko - pofrunąć ze wszystkimi radosnymi dziećmi tam, do Boga. Chciałbym tak bardzo frunąć, ale kiedy ty płaczesz, jak teraz, nie mogę cię porzucić, a chciałbym tak bardzo! Czyż nie mogę pójść z nimi? Przyjdziesz przecież do mnie wkrótce, moja miła mamo!

- Ach, zostań - powiedziała - tylko przez chwilę. Jeden jedyny raz chcę na ciebie spojrzeć, pocałować cię i utulić w moich ramionach! - Całowała je i tuliła. Wtem z góry zabrzmiało jej imię, głos ten był bardzo żałosny. Cóż to mogło być?

- Czy słyszysz? - powiedziało dziecko - To ojciec cię woła! I znowu po chwili rozległy się głębokie westchnienia, jak gdyby płaczących dzieci.

- To moje siostry! - rzekło dziecko - Mamo, chyba o nich nie zapomniałaś? Wtedy wspomniała o tych, których zostawiła i ogarnął ją lęk. Ich wołanie i westchnienia rozbrzmiewały jeszcze w górze, prawie o nich zapomniała dla umarłego dziecka.

- Mamo, teraz biją dzwony Królestwa Niebieskiego! - powiedziało dziecko.

- Mamo, teraz wschodzi słońce!

Spłynęło na nią olśniewające światło, dziecko zniknęło, a ona wzniosła się w górę. Zrobiło się zimno, podniosła głowę i spostrzegła, że leży na grobie swego dziecka. Bóg zesłał jej sen i we śnie stał się podporą jej stóp, światłem jej rozumu.

Uklękła i modliła się:

- Przebacz mi Panie Boże, że chciałam zatrzymać wieczną duszę w jej locie i że pragnęłam zapomnieć o obowiązkach, którymi mnie tu na ziemi obarczyłeś względem żywych!

Gdy wymówiła te słowa, poczuła ulgę w sercu. Wzeszło słońce, nad jej głową zaśpiewał ptaszek, dzwony kościelne dzwoniły na mszę poranną. Dokoła niej panował nastrój tak uroczysty, jak w jej sercu. Poznała swego Boga, przypomniała sobie swoje obowiązki i pełna tęsknoty pośpieszyła do domu. Pochyliła się nad mężem i serdecznym pocałunkiem obudziła go. Mówili do siebie słowa serdeczne i szczere. Była silna i łagodna, tak jak tylko żona potrafi być, stała się źródłem pociechy:

- Wola Boga jest zawsze najlepsza!

A mąż spytał:

- Skąd zaczerpnęłaś nagle tyle sił i tak pocieszające myśli? Ona zaś pocałowała męża i dzieci i powiedziała:

- Mam je od Boga za pośrednictwem naszego zmarłego dziecka.


Hans Christian Andersen